Dzień numer 1. Starym dobrym amerykańskim zwyczajem obraliśmy kierunek na zachód, a że podróż zapowiadała się długa, trzeba było zaopatrzyć się w tak zwane dobra pierwszej potrzeby. Wybór nie był trudny.
Chyba z dwojga złego liczyłem na to, że spotkamy indian po drodze. Poza tym chyba też zamieniłbym samochód na wóz, bo przynajmniej jedzie z w miare podobną prędkością cały czas. No nic.
Okazało się, że nasz piękny naród nie opanował jeszcze techniki ruchu wahadłowego. Niby dużo śmiechu, no ale bez przesady. Droga krajowa, której nie mogą minąć się dwa TIRy – bez komentarza.
Jak już w końcu udało się dotrzeć na w miare cywilizowany trakt, okazało się, żedwa razy większy dystans można pokonać w w trzy, cztery razy krótszym czasie. No nic.
Punktem kulminacyjnym, na zasadzie Indian („co oni tu na naszej ziemi”) był najlepiej oświetlonym punktem w promieniu 30 kilometrów. Jaki kraj, tacy Indianie.
Teraz już dugi najwyższy, po peruwiańskim, w szatach superbohatera, do tego prawie jak Aragorn.
No nic.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s